Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl


Grunt to nie stracić celu

Witam wszystkich czytających mojego bloga, oraz wszystkich znajomych, którzy czasem tu zaglądają. Chciałbym przy okazji wam podziękować za to że pomimo braku mojej aktywności, nadal odwiedzacie mojego bloga w poszukiwaniu… no właśnie ? Wiedzy z zakresu survivalu, czy może opowieści z moich podróży zawartych w relacjach z różnych przygód ? Pewnie niektórych zastanawia brak mojej aktywności na blogu, jeżeli tak to właśnie przyszła pora na kilka wyjaśnień…

Zacznijmy jednak od początku. Założyłem bloga 5 lat temu, po śmierci mojej mamy. Której odejście uświadomiło mnie że życie jest krótkie, i nie wiadomo co i kiedy przyjdzie nam stracić. Śmierć mojej mamy, była dla mnie brutalnym wkroczeniem w dorosłe życie. To było przed egzaminem maturalnym i  zawodowym, które postanowiłem zdać, także dla mamy, której cholernie zależało, na tym abym zdobył jakieś wykształcenie. Musiałem bardzo szybko nauczyć się, dbać o gospodarstwo domowe, odpowiedzialnie gospodarować pieniędzmi, a także pozyskiwać je pracując lub załatwiając od Państwa. Uwierzcie mi że załatwianie pieniędzy z MOPRu, czy Urzędu Miasta, nie należy do najłatwiejszych, a na pewno nie najprzyjemniejszych (chyba że życie kosztem innych nie przynosi komuś wstydu). Dlatego też postanowiłem usamodzielnić się jak najszybciej. Nie było łatwo, pracowałem w różnych miejscach, trochę na polu, trochę na taśmie, trochę na halach produkcyjnych. Po tych wojażach stwierdziłem że praca w jednym zakładzie przez dłuższy czas (albo i całe życie) nie jest dla mnie. W zeszłym roku pracowałem w Holandii, aby zarobić jakieś pieniążki na obóz survivalowy, podróże oraz na plecak, buty i inny sprzęt ułatwiający podróżowanie. W zeszłym roku życie wystawiło mnie na kolejną próbę, zabierając z tego świata mojego młodszego brata. Wiecie jak to jest z rodzeństwem, niby często się wadzicie, ale koniec końców zawsze się dogadujecie, tworząc tym sposobem niesamowitą i niepowtarzalną więź. Śmierć brata jest jak utrata cząstki mnie samego.

To, że wtedy nie zwariowałem zawdzięczam swojej siostrze, rodzinie oraz przyjaciołom i znajomym, którzy mnie wtedy wspierali. Ale w dużej mierze zawdzięczam to także temu, że mam ten „swój survival”, który pozwolił mi odnaleźć  się w życiu. Raz, że dzięki survivalowi i podróżom miałem ( i właściwie nadal mam) głowę pełną myśli, planów i celów, co jest istotne kiedy w nasze życie niespodziewanie wkracza śmierć i cierpienie. Grunt to nie stracić celu ! Dwa, kiedy pojąłem istotę survivalu, jaką jest po prostu przetrwanie, postanowiłem że po prostu przetrwam, trzymając się z całych sił życia…

Aby mieć realny wpływ na swoje życie, postanowiłem że po powrocie z Holandii nie będę więcej pracował na żadnej taśmie produkcyjnej za najniższą krajową, marnując w ten sposób życie. Tutaj znowu zmiany zawdzięczam swojej pasji…

Szukając swojej ścieżki.

37278136_406602836413568_4869676908532465664_n

Podczas pobytu na obozie survivalowym w 2016 roku u mojego najlepszego mentora Kriska (Krzysztofa Kwiatkowskiego, autora książki „Surwiwal po Polsku” ) poznałem tam Olka. Który to opowiedział mi o swoim ciekawym zawodzie jakim jest Arborysta, czyli pielęgniarz drzew. Zawód polega między innymi na tym że wchodzi się na drzewo przy użyciu np. dostępu linowego na drzewo, po czym dokonuje się jego pielęgnacji. Sama zaś pielęgnacja polega na przykład na usuwaniu martwych gałęzi, skracaniu tych które kolidują ze sobą lub z infrastrukturą, a także mocowanie specjalnych wiązań które zabezpieczają drzewa przed wyłamaniem. W skrócie zawód ten łączy zawód pilarza, z wiedzą dendrologiczną i alpinistyczną.

Pomyślałem więc że taki zawód coś dla mnie, wszakże uwielbiam pracę fizyczną, tym bardziej na zewnątrz i to przy drzewie. Poza tym kocham naturę, więc w realny sposób mogę przyczynić się do poprawy drzewostanu w miastach. Po powrocie z Holandii, niemal od razu poszedłem na kurs Arborystyczny, a następnie znalazłem firmę która pomogła mi zdobyć doświadczenie w zawodzie. Tutaj zdradzę wam że skorzystałem z pomocy Urzędu Pracy, który zafundował mi część kursów.

Tym sposobem zdobyłem fach, który sprawia mi satysfakcję i otwiera mi furtki do rozwoju zawodowego. Teraz bez problemu znajdę pracę niemal w każdym miejscu.

26815574_353088841836678_742910780211540432_n

27652910_1000256763458620_793175879_o

Zdobycie tego fachu zajęło mi w sumie rok i kosztowało mnie tułaczkę po Polsce. Od jesieni zeszłego roku do maja tego roku zdobywałem doświadczenie w Bielsku Białej, a od maja do teraz w Łodzi. Za niedługo wracam na stare śmiecie, czyli do Opola. W tym czasie swoje podróże ograniczałem do weekendowych wyjazdów w góry i do lasu.

W tym roku postanowiłem wybrać się na dłuższą podróż,  a w międzyczasie zdobyłem nową kompankę do moich wypraw. O tym jednak napiszę wkrótce.

Tymczasem chciałbym was poinformować że jest to ostatni wpis na tym blogu. Będę jednak pisał nadal, tyle że już na blogu mojego przyjaciela Kubusha, który także postanowił stworzyć nowego bloga. Wszystkie stare wpisy będą przeniesione na nowego bloga: https://drogamoimcelem.pl/

 

Rumunia – przez trase Transfogarska do domu

Jeżeli chcesz wiedzieć co było wcześniej zobacz poprzednią części relacji: Rumunia – Polskie wioski i Morze Czarne

Noc pod Bukaresztem

Nasz kierowca wysadza nas na stacji benzynowej nieopodal Bukaresztu, którego niestety nie mieliśmy już czasu zwiedzić. Żegnamy się z kierowcą i dziękujemy mu za to że tyle dla nas zrobił. Tymczasem zbliża się wieczór, słońce już zachodzi, a my nie wiemy gdzie by tu można znaleźć odpowiednie miejsce na nocleg. Po drugiej stronie ulicy dostrzegam jakiś pustostan, wraz z Gosią postanawiamy to sprawdzić, okazuje się że jest tam nawet kawałek trawy i kilka drzew, więc Gosia ma gdzie rozłożyć namiot, a ja mam gdzie rozwiesić swój hamaczek. SAM_0769.JPG SAM_0770.JPG

 Jest ciemno, ponuro, mroczną atmosferę postanawiam przerwać rozpalając ognisko, z drewna które wala się po całej okolicy. Ognisko nie dość że bardzo pozytywnie wpływa na nasze (a szczególnie Gosi) morale, to pozwala nam przygotować ciepłą kolację w postaci miksu, zupki chińskiej, puure w proszku, siemia lnianego i przypraw. SAM_0766.JPG

 Tego wieczoru słyszymy jeszcze ujadanie psów, mamy pewne obawy przed bezpańskimi psami, które spotykamy właściwie na każdym kroku naszej podróży przez Rumunię.  SAM_0772.JPG

Droga Transfogaraska, czyli jedna z najpiękniejszych dróg na świecie.

Rano, pakujemy się w pośpiechu, gdyż przed nami jeszcze szmat drogi, a do zwiedzenia mamy jeszcze trasę Transfogaraską. Poranną toaletę oraz śniadanie robimy sobie na stacji benzynowej. Po czym od razu idziemy łapać stopa, na którego czekamy dość długo, jednak koniec końców docieramy na trasę transfogarską. A przywozi nas tu kobieta, która ma tu nie po drodze, ale przywozi nas tutaj z ciekawości. Docierając w pobliże tamy, postanawiamy przebyć część trasy na własnych nogach.

SAM_0777.JPG SAM_0789.JPGSAM_0792.JPG

 Idąc sobie beztrosko wzdłuż drogi zatrzymujemy samochód, jednak nie zajeżdżamy zbyt daleko, kiedy natrafiamy na taką miłą puchatą przeszkodę…

 SAM_0794.JPG

 Jadąc dalej nasz kierowca, wraz ze swoją żoną, postanawiają zatrzymać się na piknik w pięknych okolicznościach przyrody. Co dla nas jest świetną okazją do wrzucenia w końcu czegoś nas ząb.

SAM_0798.JPG SAM_0803.JPG SAM_0802.JPG

 Kiedy napełniliśmy nasze żołądki, pysznym swojskim jedzeniem, jakim nas poczęstowano, ruszyliśmy w dalszą drogę.Po drodze nie zabrakło wspaniałych widoków:

SAM_0807.JPG SAM_0810.JPG SAM_0814.JPG SAM_0815.JPG

 Jednak miejsce które dla mnie okazało się najpiękniejsze, to  jezioro nieopodal wylotu z trasy transfogaraskiej:

SAM_0816.JPG SAM_0820.JPG SAM_0823.JPG

Dzięki uprzejmości kierowcy i jego żony, zwiedziliśmy chyba wszystkie najpiękniejsze miejsca na całej trasie, lecz przychodzi pora pożegnania się. Po przejechaniu całej trasy transfogaraskiej docieramy do drogi, która prowadzi do Sybina – bardzo starego i pięknego miasta.

Niespodziewany nocleg pod Sybinem 

Pomimo zbliżającego się zmroku udaje nam się złapać stopa, a ku naszemu zdziwieniu naszym kolejnym kierowcą jest kobieta. Kobieta jest strasznie przejęta naszym losem i namawia nas do zwiedzenia Sybinu, a także proponuje pomoc w znalezieniu noclegu w jakimś hotelu. W tym celu dzwoni nawet do swoich znajomych. Kiedy udaje nam się ją przekonać że świetnie radzimy sobie z noclegami na dziko, postanawia nas zawieść do wioski nieopodal miasta Sybin, w której, nieopodal pensjonatu znajduje się wiata turystyczna.

SAM_0828.JPG SAM_0831.JPG

 Pomimo tego iż to miejsce jest nam nie po drodze, to warto było tu wpaść, pod wiatą znajdujemy świetne miejsce na rozbicie obozu i rozpalenie ogniska. Lecz piękno tego miejsca dostrzegamy dopiero rano.

SAM_0832.JPG SAM_0835.JPG SAM_0836.JPG

Oczywiście jak na Rumunię przystało, nie mogło zabraknąć włóczącego się psa, który z radością towarzyszył nam tego wieczoru…

SAM_0837.JPG

Poranne zwiedzanie Sybina

 Rano postanawiamy, że zwiedzimy jeszcze na szybko Sybin, ale z wioski w której wylądowaliśmy ruch jest niewielki, więc łapanie stopa zajmuje nam sporo czasu. Pocieszeniem jest miły spacer przez budząca się do życia wieś…

SAM_0838.JPG SAM_0839.JPG

oraz złapanie na stopa pierwszego w życiu pickupa…

SAM_0840.JPG SAM_0841.JPG

Możecie obejrzeć nagranie z jazdy pickupem.

 Następny samochód który nas zgarnia z pobocza to samochód chłodniczy, oczywiście do Sybina docieramy jadąc w chłodni…

SAM_0848.JPG SAM_0850.JPG SAM_0852.JPG

 Nie mamy zbyt wiele czasu, więc na szybko zwiedzamy Sybin, będąc w centrum tego pięknego miasta, postanawiamy zjeść dobre śniadanie w jednej z uroczych restauracji. Za śniadanie w którego skład wchodzi omlet, pieczony boczek, pieczywo i kawa płacimy zaledwie 12 lei, fajna cena jak na starówkę europejskiego miasta. Po śniadaniu ruszamy w kierunku obwodnicy miasta,podziwiając niskie zabudowania tego miasta.

SAM_0855.JPG SAM_0853.JPG

 W drodze do Aradu prowadził nas Allah

Po drodze spotykamy innych autostopowiczów, z którymi prowadzimy krótką pogawędkę. Docieramy na obwodnicę, która jest jednocześnie autostradą, na której poboczu postanawiamy złapać stopa. Łapiąc stopa na pasie awaryjnym autostrady, mamy nadzieję że nie złapie nas policja, łapie nas za to bombowy kierowca z Turcji. Po jakimś czasie zatrzymuje się ciężarówka, którą prowadzi Turek. Droga do Aradu zaczyna się nieźle, jednak po czasie okazuje się że autostrada jest zakorkowana na ponad 20 km…

SAM_0857.JPG SAM_0862.JPG

 W korku stoimy ponad 4 godziny, przejeżdżając co jakiś czas po kilkaset metrów. Nasz kierowca powtarza co chwile „It’s Romania” i mówi że w Turcji takie rzeczy są niedopuszczalne. Po straconym czasie, nasz kierowca chcąc nadrobić stracony czas pędzi na złamanie karku do Aradu. Oczywiście autostrada skończyła się już dawno, teraz jedziemy ciemną i ciasną drogą jednopasmową, a nasz kierowca rzadko na liczniku ma poniżej 90km/h na dodatek jest już dawno po zmroku. Jakim cudem docieramy pod Arad bez żadnego wypadku ? Jak to później podsumował jeden z Polskich kierowców – „Tych Turków to Allah prowadzi” Tymczasem jest już późny wieczór, a my lądujemy na parkingu dla TIRów w pobliżu Aradu, gdzie tu znaleźć miejsce do spania ? Oczywiście za stacją benzynową.

SAM_0877.JPG

Do Polski… 

Wstajemy jeszcze przed świtem, aby dotrzeć do Polski jeszcze dzisiaj, pozwalamy sobie na ostatnią kawę wypitą na stacji benzynowej

SAM_0879.JPG SAM_0880.JPG

 Kiedy zgarnia nas pierwszy samochód jest już po 8 rano, ale docieramy do miejscowości Oredea ok 10 rano, skąd musimy dotrzeć do Bors, na przejście graniczne. Gosi bardzo zależy żeby dotrzeć do Polski jak najszybciej, bo za 2 dni musi się pojawić na ślubie przyjaciółki. Czas ucieka, a Gosia denerwuje się że nie zdąży, i chce dotrzeć do innego przejścia granicznego, prowadzącego do Debreczyna. Ja uważam że trzeba zostać na trasie… nasz spór przerywa Polski kierowca, który podpowiada że lepiej kierować się na Bors, ponieważ tamtędy właśnie jeździ zdecydowana większość TIRów. Wraz z tym właśnie kierowcą docieramy w pobliże przejścia granicznego. W tym miejscu postanawiamy z Gosią się rozdzielić, każde z nas wsiada do innej ciężarówki, jadącej bezpośrednio do Polski. Mój kierowca okazuje się być bardzo sympatyczny po drodze zatrzymujemy się na pauzie, gdzie razem gotujemy ciepły posiłek. Droga do Polski upływa nam na rozmowie. Wieczorem docieram do Tarnowa, próbuję jeszcze złapać stopa, przed wjazdem na A4, ale po chwili nastaje zmrok. Postanawiam rozbić sobie obóz w pobliskim lasku.

SAM_0884.JPG

 Następnego dnia zamiast do domu, łapię stopa do Zabrza, gdzie mamy wraz z moimi przyjaciółmi ze śląska „naszą miejscówkę” w lesie. Tam spotykam się z  obozującymi tu od wczoraj Kubushem i Niszką, którzy są dla mnie prawie jak rodzina, a w tym miejscu czuję się niemal jak w domu. Takim akcentem kończy się moja podróż do Rumunii.

Podsumowując cała podróż trwała ponad 2 tygodnie, wydałem na tę podróż niecałe 300 zł, co myślę jest całkiem niezłym wynikiem biorąc pod uwagę, to że kilka razy spaliśmy na kempingach, i stołowaliśmy się kilka razy w restauracjach, smakując lokalnych potraw.

Rumunia to wspaniały kraj, pełen uśmiechniętych ludzi. Można tu znaleźć zarówno piękne góry, wśród których kryją się wioski w których czas stanął w miejscu, jak i turystyczne kurorty nad Morzem Czarnym. Jest to kraj na kieszeń każdego Polaka, najlepiej zwiedzać ten kraj własnym samochodem, rowerem, albo na stopa.

Poniżej linki do poprzednich części relacji:

Cz. I : http://wposzukiwaniuprzygody.pl/autostopem-do-rumunii-do-tych-dzikusow/

Cz. II : http://wposzukiwaniuprzygody.pl/autostopem-po-dzikiej-rumunii/

Cz. III : http://wposzukiwaniuprzygody.pl/rumunia-autostopem-polskie-wioski-i-morze-czarne/

Rumunia Autostopem- Polskie Wioski i Morze Czarne

Polskie Wioski w Rumunii

Naszą dalszą podróż na południe Rumunii zaczęliśmy od pożegnania się z Eweliną i Natalią (które musiały już wracać do kraju), pogoda nie była zachwycająca, ale na szczęście długo nie zajmuje nam złapanie stopa. Tego dnia mamy zamiar dotrzeć do Polskich wiosek, a Gosi bardzo zależy na tym aby tego dnia uczestniczyć w niedzielnej mszy, w polskim kościele – dzięki czemu dość szybko docieramy do Góry Humoru. Na stopa udaje nam się stamtąd złapać Taxi, w którym jechało już kilka osób. Na początku myślimy, że kierowca podrzuci nas za friko, ale kiedy docieramy do Pleszy okazuję się że musimy mu zapłacić.Jednak warto było  zapłacić te kilka lei i podjechać tu taksówką, bo samochodów jadących w tym kierunku nie było, a droga chociaż bardzo malownicza była stroma i kręta, więc podejście tutaj na własnych nogach zajęłoby na sporo czasu. Kiedy wysiadamy z taksówki od razu kierujemy się ku najbliższemu kościołowi, gdzie dwie panie (oczywiście Polki)  wyjaśniły nam iż najbliższa msza jest w następnej wiosce o 12, mamy około godziny na dotarcie tam. SAM_0707.JPG SAM_0708.JPG

 Idziemy szutrową drogą prowadzącą między lasami, pagórkami oraz łąkami, (asfalt występuje głównie we wsiach) która w końcu doprowadza nas do Nowego Sołońca ( rum. Solonețu Nou). Kiedy docieramy do tej miejscowości jest przed 12, więc w pośpiechu kierujemy swe kroki ku kościołowi.  W tym samym kierunku podążają inni ludzie z całej wsi. Po drodze spotykamy polskiego rowerzystę, z którym zamieniamy kilka słów i idziemy pod kościół. Pod kościołem – jak to w staropolskim zwyczaju, jest prawie cała wieś, ludzie ubrani są odświętnie a zewsząd słychać żwawe dyskusje w archaicznej polszczyźnie. Gosia udaje się do kościoła, a ja postanawiam poczekać na nią przed kościołem i wypytać rodaków jak im się wiedzie za miedzą…SAM_0706.JPG SAM_0709.JPG SAM_0710.JPG

 Okazuje się że chłopaki z którym rozmawiałem, tak jak nasi rodacy w kraju muszą podróżować na zachód europy za chlebem, a jesienią wracają aby pomóc starszym przy żniwach. I ogólnie to wiążą swoją przyszłość z tym miejscem, które jest dla nich ojczyzną… i oby im się powiodło.

Po mszy udajemy się do Domu Polskiego, aby zjeść coś ciepłego, oraz podładować telefon Gosi, który jest naszym głównym źródłem nawigacji.SAM_0712.JPG SAM_0713.JPG

Po posiłku wyruszamy w dalszą drogę przez polskie wsie, podążając szutrową drogą wśród sielankowych pagórków, wśród których nasi rodacy lata temu postanowili założyć swoje osady.  SAM_0714.JPG SAM_0715.JPG SAM_0716.JPG SAM_0718.JPG SAM_0721.JPG

I tak w końcu docieramy do głównej drogi asfaltowej z której łapiemy stopa w stronę Morza Czarnego, (do którego mamy jeszcze ponad 600 km).

Droga nad Morze Czarne

Żar leje się z nieba, ale na szczęście mamy fajne miejsce do łapania stopa…SAM_0722.JPG

 Po pół godziny takiego smażenia się w słońcu na szczęście zatrzymuje się samochód, jak się później okazuje jadą w nim księża, którzy podwożą nas  pod

Docieramy do miejscowości Bacau, ale że zbliża się już wieczór, musimy na szybko znaleźć miejsce na nocleg. wybór pada na krzaki za stacją benzynową, jak się okazuje później jest to najgorsze miejsce na nocleg w jakim kiedykolwiek spałem. Okazuje się bowiem że po drugiej stronie drogi jest dom weselny, w którym akurat trwa wesele (z głośną i skoczną Rumuńską muzyką folkową), a po drugiej stornie płotu (który wykorzystałem do budowy mojego zadaszenia)jest pies który nie wiadomo jakim cudem szczekał donośnie przez całą noc. W efekcie spałem z ciągłymi przerwami oczywiście zaledwie kilka godzin.

SAM_0723.JPG

Następnego dnia wstajemy jak najwcześniej, żeby dotrzeć jeszcze tego dnia nad morze, na szczęście jesteśmy na stacji przy drodze która wiedzie do celu. Pierwszym samochodem jaki się zatrzymuje jest niewielka ciężarówka, okazuje się że kierowca jedzie w tym samym kierunku co my, czyli pokonamy z nim ponad połowę drogi nad morze, ale kiedy docieramy na miejsce okazuje się że jedzie on aż do samej  Konstancji, z której do naszego celu Vame Veche jest już bliziutko. Droga nad morze to droga przez tereny nizinne, gdzie wszędzie wokoło pełno ogromnych pól, oraz stojących przy drodze straganów, gdzie ludzie, handlują wyhodowanymi przez siebie owocami i warzywami. Po kilku godzinach jazdy w milczeniu i skwarze docieramy po Konstancji, przy wysiadaniu, kiedy chcieliśmy wyjąć nasze plecaki z paki,  kierowca zaskakuje nas swoim pytaniem, Do you have a many ? (niby nie potrafił mówić po angielsku). Byliśmy zszokowani, bo przy wsiadaniu nic nie wspominał o pieniądzach za przejazd. Na szczęście Gosia mówi kierowcy że pieniądze ma w plecaku, dzięki czemu odzyskujemy je. Wyciągamy całą gotówkę jaką mamy przy sobie ( jest to ponad 10 lei) oraz butelkę Soplicy wiśniowej, którą mieliśmy na specjalną okazję. Kierowca z ogromnym zniesmaczeniem i łaską przyjmuje nasze podarunki. Po czym wsiada do samochodu i odjeżdża z piskiem opon. Co za frajer ? takie były nasze pierwsze myśli. Siadamy na poboczu aby nieco ochłonąć i zebrać myśli.

 Na szczęście po kilku minutach od rozpoczęcia łapania stopa, zatrzymuje się kabriolet, na początku trochę nie dowierzamy, ale po chwili kierowca woła nas do siebie. Okazuje się że kierowca to młody chłopak, który studiuje śpiewa w chórze, oraz świetnie rozmawia po angielsku. Następny kierowca zgarnia nas bezpośrednio z mostu, nad kanałem portowym, na którym akurat są ogromne korki. Ten kierowca podwozi nas do samego Vama Veche.

Vama Veche

Kiedy docieramy do Vama Veche, nasz kierowca wyjaśnia nam pokrótce gdzie jest pole namiotowe, a gdzie można rozłożyć namiot na dziko. My wybieramy drugą opcję, na początku mamy problem żeby znaleźć dobre miejsce, bo albo teren jest nierówny, albo zbyt mocno wieje. W końcu wybieramy odpowiednie miejsce pod skarpą, do której mocuję mojego DD Tarpa.

SAM_0740.JPG

Nasi współlokatorzy to mieszanka ludzi w różnym wieku, dla którzy cenią wolność, część z nich to najpewniej hipisi. Na całej plaży jest masa naturystów i naturystek, oczywiście widok tych pierwszych jest mało przyjemny. Kiedy już uporaliśmy się z naszym obozowiskiem nadchodzi pora na kąpiel w morzu. Woda jest bardzo ciepła, plaża piaszczysta, do tego wieje ciepły wiatr. Po kąpieli czas na obiad – zalane wrzątkiem zupka w proszku, pure ziemniaczane i siemię lniane – możecie wierzyć, lub nie ale taką mieszanką można się najeść. Kiedy zbliża się wieczór postanawiamy jeszcze wybrać się na zakupy,  zimne piwko w takim cudownym miejscu to niemalże obowiązek, przy okazji wypatrujemy dobre miejsce w którym za grosze możemy zjeść dobre śniadanie. Wieczorem udajemy się wraz z Gosią na spacer wzdłuż plaży, niebo ukazuje nam pełnię gwiazd. Tego wieczoru postanawiam spać pod gołym niebem, gdyż i tak jest bardzo ciepło, a niebo jest czyste.

Nazajutrz z rana pobudkę funduje mi wschodzące słońce.

SAM_0726.JPG SAM_0727.JPG SAM_0731.JPG

Następnie wybieramy się z Gosia, po śniadanie do jednej z piekarni, oraz kawę. Kiedy wracamy Gosia idzie do pobliskiego baru, aby skorzystać z WiFi, a ja postanawiam zwiedzić trochę okolice. SAM_0735.JPG SAM_0737.JPG SAM_0738.JPG

Jak widać ślady obecności naszych rodaków potwierdzają iż jesteśmy najbardziej podróżującym narodem na świecie.

 SAM_0751.JPG SAM_0754.JPG

Niedaleko tego miejsca znajduje się parking dla camperów, gdzie spotykam Czecha, który przyjechał tu swoim przerobionym na Campera Mercedesem, czym mnie mocno zaintrygował i być może w przyszłości sam przerobię busa na campera.

Po spacerze ostatni raz zażywam kąpieli w Morzu Czarnym, po czym nieśpiesznie zawijamy obozowisko i ruszamy w drogę do domu.

SAM_0752.JPG SAM_0753.JPG SAM_0759.JPG

Zanim opuściliśmy Vama Veche, zrobiliśmy jeszcze małe zakupy na trasę, zimne piwo podczas, gdy żar leje się z nieba to czysta przyjemność, chociaż każdy survivalowiec wie że zimne napoje podczas upału to tylko złudne orzeźwienie.

W drodze do domu

Stopa udaje nam się złapać dość szybko, jednak docieramy tylko do miejscowości Mangalia. Stamtąd ku naszemu zaskoczeniu zatrzymuje się dla nas kierowca, który przywiózł nas do Vama Vache, a co najlepsze okazuje się że, jedzie on aż do Bukaresztu, czyli ponad 250km ! Takim oto cudownym sposobem jeszcze tego samego dnia, a właściwie wieczoru docieramy pod Bukareszt.

To jeszcze jednak nie koniec, droga do Polski też obfitowała w masę przeróżnych przygód i wspaniałych widoków, ale o tym dowiecie się wkrótce.

Wiem że 3 część relacji z autostopowego wypadu do Rumunii napisałem o wiele później niż zamierzałem. Ostatnio jednak miałem bardzo dużo pracy, tak że czasu na pisanie nie miałem zbyt wiele.

Autostopem po dzikiej Rumunii

Autostopem po dzikiej Rumunii

Naszą podróż autostopem po dzikiej Rumunii zaczęliśmy od jej północnej strony. Jak już wspominałem w poprzednim wpisie, północna część Rumunii w rzeczywistości jest dzika. Co jest spowodowane tym iż w dużej mierze jest to górzysta część kraju, występuje tu pasmo Karpat. Nie ma tutaj jakichś wielkich miast, a mówiąc o dzikości mam tutaj na myśli dzikość jakiej szukają ludzie jadący w Bieszczady, czy na Mazury. Moim pierwotnym planem było dostanie się nad Morze Czarne, ale dzięki, uporowi oraz przygotowaniu Gosi z zakresu „atrakcji Rumunii” a w szczególności kompleksu cerkwi (wpisanego na listę UNESCO ) udaje się nam uświadczyć rumuńskiej życzliwości oraz wielu przygód. Dzięki Gosia !

Wesoły Cmentarz

Miejscowość Sapanta, na północy kraju, była pierwszą miejscowością do której zamierzaliśmy się dostać.  To tutaj znajduje znajduje się „Wesoły cmentarz” W którym to zamiast tradycyjnych nagrobków znajdują się drewniane, malowane płaskorzeźby przedstawiające sceny z życia ludzi, którzy zostali tu pochowani. Natalia i Ewelina, które mieliśmy wraz z Gosią okazję poznać na polu namiotowym dzień wcześniej, powiedziały nam o nieoficjalnym „Wesołym cmentarzu ” w którym nadal odbywają się pochówki, a wstęp  na niego jest bezpłatny. Oraz o wodospadzie, przy którym planowaliśmy spotkać się wieczorem, aby tam wspólnie obozować.

SAM_0459.JPG

SAM_0459.JPG SAM_0463.JPG SAM_0464.JPG SAM_0470.JPG SAM_0457.JPG SAM_0462.JPG SAM_0465.JPG SAM_0467.JPG

 Drugi oficjalny cmentarz, który znajduje się przy cerkwi jest mniej urokliwy, ale to tutaj znajduje się większość tych niezwykłych nagrobków. (więcej…)

Autostopem do Rumunii, Do tych dzikusów ?

Autostopem do Rumunii, do tych dzikusów

Do Rumunii ? Do  tych dzikusów ? Takie pytanie usłyszeliśmy od jednego z  Polskich kierowców, który nas wiózł i usłyszał że planujemy zrobić zrobić rundkę autostopem wokół Rumunii.

Do Rumuni ?

Tak, bo jest piękna i warta zwiedzenia.

Do dzikusów ?

I tak  i nie,  Rumunia jest na prawdę dzika, co widać było w szczególności na wioskach, w górach. Dzika ale w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Dzika, czyli wolna.  Zapraszam do pierwszej części relacji !

Tegoroczny urlop spędziłem wyjątkowo dobrze, najpierw 3 tygodniowy pobyt w Bieszczadach, a następnie 2 tygodniowa podróż autostopem wokół Rumunii. Zarówno Rumunia (a w szczególności jej północna część), jak i Bieszczady są wspaniałymi, dzikimi miejscami, które warto zwiedzić ze względu na niesamowite widoki oraz życzliwych ludzi. Tyle wspomnień, tyle przygód i tylu wspaniałych ludzi w ciągu zaledwie 2 miesięcy.

Relację z mojego pobytu w Bieszczadach napiszę później, wpierw chciałbym się z Wami podzielić moimi przygodami, z autostopowej podróży wokół Rumunii. A tak przy okazji wraz z początkiem jesieni postaramy się wraz z Kubą, nieco odświeżyć bloga, aby był  jeszcze bardziej przejrzysty i przyjemniejszy w obsłudze. Prawdopodobnie grono twórców bloga zwiększy się o kilku moich przyjaciół, którzy mam nadzieję także będą się dzielić z Wami swoją wiedzą, czy relacjami o tematyce około survivalowej czy outdoorowej.

PIERWSZA AUTOSTOPOWA WYPRAWA Z KOMPANKĄ PODRÓŻY

Kiedy tylko wróciłem z Bieszczad postanowiłem że w następny weekend ruszam autostopem do Rumunii, nad Morze Czarne. W tym roku jednak chciałem zobaczyć, jak to jest podróżować z kompanem/kompanką. W związku z tym napisałem na jednej z grup zrzeszających autostopowiczów na portalu FB, iż szukam kompana na podróż nad Morze Czarne. Po jakimś czasie odezwała się do mnie Gosia, która napisała, że także chciała by się wybrać do Rumuni autostopem, jednak, że jest kobietą, to woli jechać z jakimś facetem. Tak więc umówiliśmy się że wystartujemy razem z Cieszyna, w poniedziałek (05.09), wcześniej chciałem jednak odwiedzić Chatkę AKT na Pietraszonce, oraz Kamykusa, który pracuje w schronisku na Wielkiej Raczy.

OKRĘŻNĄ DROGĄ DO RUMUNII

mapa

Właściwie moja podróż zaczęła się już w sobotę (03.09), kiedy to złapałem stopa do Wisły, i stamtąd dostałem się na Chatkę, w której jak zwykle panowała rodzinna atmosfera, a ponad to trwały tam warsztaty zielarskie, więc miałem okazję do poznania nowych osób, oraz przeprowadzenia ciekawych dyskusji. Następnego dnia autostopem dostałem się do miejscowości Rajcza, skąd busem dostałem się do Rycerki Kolonia, a stamtąd na nogach po szlaku dotarłem do schroniska na Wielkiej Raczy, gdzie Kamykus, wypoczywał akurat po ciężkim dniu spędzonym z niedzielnymi turystami. Wieczór minął jak zwykle to bywa w obecności najlepszych kumpli, bardzo dobrze. Następnego dnia, po śniadaniu wyruszam z powrotem na dół do Rycerki Koloni, skąd busikami docieram do Cieszyna.

W Cieszynie spotykam się i poznaję z moją kompanką podróży Gosią. Wpierw robimy szybkie uzupełnienie zapasów żywnościowych w pobliskim markecie i ruszamy  w stronę Czeskiego Cieszyna, z którego udaje nam się złapać stopa w kierunku Zyliny.  Niestety nasza podróż nie może trwać długo tego dnia, gdyż zbliża się zmrok i jeszcze w miejscowości przed Zyliną musimy szukać miejsca na nocleg. Pierwszą noc spędzamy, nieopodal, jakiegoś parku rekreacyjnego. Podczas rozbijania obozu zaczyna się ulewa, więc postanawiamy że  tę noc spędzimy pod  moim DDTarpem.

Następnego dnia, szybkie zwijanie obozu, poranna toaleta, oraz śniadanie z kawą przygotowane w pobliskim Kauflandzie. I już przed 10 jesteśmy na drodze, próbując łapać okazję do Rumunii, na początku mamy dylemat, jaką trasą się kierować, ale kierowcy TIRów na jednym z parkingów uświadamiają nas że właściwie to lepiej kierować się na Budapeszt, w kierunku miejscowości Sahy, skąd już rzut beretem w stronę Rumunii.

SAM_0444.JPG

 Na szczęście tego samego dnia udaje nam się dostać pod Budapeszt, i to na jego obwodnice, skąd  jedna z większych autostrad na Węgrzech prowadzi ku Rumunii. Z noclegiem też nie wychodzi najgorzej, bo pomimo iż lądujemy na stacji benzynowej to znajdujemy tu kilka drzew, które pozwalają nam być ukrytym, a także umożliwiają mi rozwieszenie hamaka. Gosi nawet udaje się złapać w swoim namiocie WiFi z  pobliskiego Mc. Donald’s

SAM_0446.JPG

SAM_0447.JPG SAM_0448.JPG

Następnego dnia, po zwinięciu obozu, toalecie oraz śniadanku próbujemy łapać stopa z parkingu, jednak na początku nikt nie che się zatrzymać. Parking opuszczamy po kilku godzinach, i wydaje nam się że tego dnia nie dotrzemy do Rumunii, ale na szczęście los się do nas uśmiecha. Na pewnym parkingu dzięki Gosi, oraz jej znajomości języka Włoskiego udaje się nam dostać z kierowcą TIRa, do miejscowości Petea  gdzie znajduje się przejście graniczne między Węgrami, a Rumunią.

RUMUNIA NARESZCIE RUMUNIA !

Na przejściu granicznym spotykamy oczywiście motocyklistów z Polski, a sama przeprawa nie sprawia nam większych trudności. Po przejściu przez granicę i wymianie waluty (euro na lei) łapiemy stopa w kierunku  Satu Mare. Kobieta, która nas zgarnęła poleca nam zwiedzanie tego miasta, ale my śpiesząc na wschód nie czynimy tego, poza tym miasto nie jest urokliwe. Widać tutaj pozostawioną przez poprzedni ustrój, szarą i brzydką, postsowiecką architekturę. Z Satu Mare dostajemy się do Livady, skąd docieramy do pewnej wsi. Gdzie wśród starych i często walących się chat znajduje się spora ilość nowoczesnych domów, oraz willi. Chłopaki, którzy nas wieźli mówili że należą one do bogatych ludzi z Francji, Niemiec, Anglii, czy USA . Dla ludzi z prowincji takie rzeczy to nie lada atrakcja !

SAM_0449.JPG

 Następnie udaje nam się złapać stopa do miejscowości Săpânța,  która była naszym pierwszym, obowiązkowym punktem zwiedzania. W miejscowości tej znajduje się wesoły cmentarz, o czym napiszę w następnej części relacji. Mężczyzna, który nas wiózł, jakby czytał w naszych myślach i podrzucił nas na pole namiotowe, gdzie za nocleg zapłaciliśmy jedyne 10 lei (1 lei = 0.95 zł).

SAM_0450.JPG

 SAM_0451.JPG

Nareszcie mogliśmy w końcu skorzystać z prysznica, wyprać swoje ubrania.  Na kolację zjadamy pure, z siemieniem lnianym oraz innymi dodatkami,  postanawiam napić się lokalnego piwa przed snem. W tym miejscu poznajemy też dwie dziewczyny z Polski, Ewelinę oraz Natalię, które również podróżowały po Rumunii na stopa. Ten dzień był chyba najbardziej intensywnym dniem, od początku naszego wyjazdu, ponieważ nareszcie docieramy do miejscowości, która była naszym pierwszym, obowiązkowym punktem zwiedzania na mapie. W miejscowości tej znajduje się wesoły cmentarz – jedna z najlepszych atrakcji w Rumunii, ale o tym napiszę w następnej części relacji…

 

 

 

Spakować plecak i wyruszyć… w Bieszczady

Wiem że dawno nie pisałem. Mam nadzieje że po wakacjach uda się trochę przywrócić do życia bloga, bo szczerze mówiąc mam setki pomysłów na tematy o których mógłbym pisać, ale brakuje mi przede wszystkim chcenia. Poza tym są wakacje, więc trzeba chwytać każdą chwilę tego wspaniałego okresu, którego żal spędzać przed komputerem. Wiem również że najczęściej tego bloga czytają moi znajomi, których chcę serdecznie pozdrowić, mam nadzieję że się jeszcze nie raz spotkamy.

Każdego roku, kiedy zbliża się okres wakacji w mojej głowie zaczynają kłębić się pomysły, jak spędzę te wakacje ? Zawsze wtedy nachodzi mnie przeogromna ochota rzucić wszystkie bieżące sprawy, spakować plecak i wyruszyć ku nieznanemu…

SAM_0310

W tym roku będą to Bieszczady (Nigdy tam nie byłem, więc to naprawdę dla mnie Nieznane. Dzięki pieniądzom, które odłożyłem pracując w Holandii, mogłem zakupić wiele niezbędnego sprzętu, między innymi buty (Haix Nepal Pro), Hamak (DD Hammock Frontline ), oraz wiele innych. Ale przede wszystkim, dzięki wyjazdowi do Holandi w końcu mogę pojechać na obóz survivalowy o którym marzyłem.  Na obóz survivalowy w Bieszczadach z Kriskiem (” Krisek” Krzysztof Kwiatkowski, autor książki „Survival po Polsku”), o którym wspominałem niegdyś na blogu. Obóz zaczyna się 15 sierpnia a ja wyjeżdżam już dziś, a w środę z rana, wraz z Kubushem i kilkoma znajomymi jedziemy w Bieszczady. To oznacza że w Bieszczadach spędzę 18 -20 dni, z czego 13 dni będzie trwał sam obóz. Budżet 140 zł ( z czego 65 zł kosztuje bilet z Katowic do Bieszczad). (więcej…)

Park Hoge Voluwe

Od ponad miesiąca jestem w Holandii, ponieważ chcę zarobić na tegoroczne wakacje.

Właściwie praca i zarobki są w porządku, a Holandia to kraj, w którym ludzie nie pędzą tak jak u nas i wydają się być szczęśliwsi i bardziej serdeczni niż w Polsce. Jednak będąc tutaj zaczyna brakować mi wyjść do lasów, czy w góry. A w samej Holandii lasów jest ich nie wiele, a jeżeli istnieją jakieś kompleksy leśne to są to z reguły parki, w których obozować jest raczej trudno.  Jakiś czas temu nadarzyła się okazja do podróży, ponieważ dostałem dwa dni wolnego pod rząd ( z reguły wolne od pracy ma się 2 dni w tygodniu, lecz rzadko pod rząd).

Nie zastanawiając się dłużej postanowiłem wykorzystać okazję i pozwiedzać trochę. Na mapach Google zauważyłem, że niedaleko  miejscowości, w której znajduje się mój hotel, jest Arnhem. A na północ od tego miasta jest największy w Holandii Park Narodowy Hoge Veluwe, a wokół niego jest kilka obozów kempingowych.

W środę (15.06), ok godziny 13 wyszedłem z domu (a raczej z hotelu, w którym mieszkam), w stronę wylotówki na Autostradę A12 (do której od naszego hotelu jest może z 200 m).SAM_0067.JPG

 Musiałem wpierw dojechać w kierunku Arnhem, by następnie odbić na północ, w kierunku Oterllo, gdzie znajduje się wejście do parku.

DZIEŃ I

Pierwszy samochód udaje mi się złapać po ok. 15 min, kierowca jest bardzo rozmowny,i ciekawski, rozmawiając po Angielsku, wyjaśniam jakie są powody mojej wizyty w Holandii, oraz  ustalam dokąd zmierzam. (więcej…)



Radość życia przychodzi z nowymi doświadczeniami, a zatem nie ma większej radości niż mieć wciąż zmieniający się horyzont, każdego dnia inne i nowe słońce. [..] musisz zrezygonować z zamiłowania do bezpieczeństwa i żyć na łapu-capu [..] kiedy przywykniesz do takiego stylu, zrozumiesz jego znaczenie i niezwykłe piękno.

Christopher McCandless

Tak wielu ludzi jest nieszczęśliwych, a jednak nie podejmują żadnej próby, by to zmienić [...] w rzeczywistości nie ma rzeczy bardziej niszczącej dla niespokojnego ducha niż pewna przyszłość. Podstawą życia ducha ludzkiego jest pasja przygody.

Alexander Supertramp (Chris McCandless)

A droga wiedzie w przód i w przód, Choć się zaczęła tuż za progiem - I w dal przede mną mknie na wschód, A ja wciąż za nią – tak jak mogę...

Bilbo Baggins

Niebezpiecznie wychodzić za własny próg, mój Frodo – powiadał nieraz. – Trafisz na gościniec i jeśli nie powstrzymasz swoich nóg, ani się spostrzeżesz, kiedy cię poniosą.

Bilbo Baggins

The more you know the less you carry.

Mors Kochanski

Hopsa sa, hopsa sa, jestem Miro z lasa, I po lasach niczym Rumcajs hasam Po lesie buszuję i świetnie się z tym czuję

Miro z lasa